Pacyfiści
Klasa średnia z bronią. Jacek Braciak wyreżyserował nową sztukę autora "Teściów", Witold Mrozek, Gazeta Wyborcza , 18.05.2026r.
Są "za Ukrainą", ale język ukraiński w Polsce ich drażni. Dziecko LGBT+ jest OK, ale u sąsiada. Spotykają się na strzelnicy.
Dwa małżeństwa z dziećmi w wieku szkolnym. Aldona pięć lat temu odstawiła alkohol, nie je też mięsa. Chce, żeby syn, którego ma z Mariuszem, dostał się do elitarnego warszawskiego Liceum Batorego, do klasy z międzynarodową maturą.
Julian polował, trzyma w domu pistolet. Urodziny swojej latorośli chcą z Justyną zorganizować na strzelnicy. Zapraszają dziecko Aldony i Mariusza. Co wyniknie z tego spotkania? Już od rosyjskiego klasyka wiemy, że jeśli na scenie jest broń, to musi wystrzelić - napięcie w „Pacyfistach" już tylko rośnie.
"Pacyfiści" we Współczesnym. „Nic już nie można powiedzieć"
Marek Modzelewski zdaje się średnio pasować do polskiego teatru. Lekarz z zawodu, autor dobrze skrojonych sztuk dalekich od eksperymentu czy silenia się na awangardę, a portretujących polskich mieszczan – ze swoim sukcesem pasowałby raczej do rzeczywistości, dajmy na to, Francji. I „Pacyfiści" Modzelewskiego mogą budzić skojarzenia z „Bogiem mordu" Yasminy Rezy (sztuki wielokrotnie wystawionej w Polsce, na podstawie której Roman Polański nakręcił film „Rzeź"). Tu też dwa mieszczańskie małżeństwa spotykają się i kłócą o swoje dzieci, tu i tam w trakcie spotkania rozpętuje się piekło.
Jednak u Modzelewskiego piekło to jest bardzo polskie i bardzo dzisiejsze. Nie jest to jednak kolejny spektakl o „wojnie polsko-polskiej". I całe szczęście. Bardziej już – o aspiracjach, hipokryzji i mierzeniu się ze zmieniającym się światem.
"Pacyfistów" - spektakl koprodukowany przez Teatr Współczesny w Warszawie i Teatr STU w Krakowie i grany na obu scenach, wyreżyserował aktor Jacek Braciak.
Inaczej niż w wystawionym kilka lat temu we Współczesnym "Wstydzie" Modzelewskiego, na podstawie którego powstał hitowy film "Teściowie", w „Pacyfistach" nawet na wstępie nie ma prostego przełożenia charakterystyk postaci na polską polaryzację polityczną.
We „Wstydzie"/„Teściach" Modzelewski pokazał typowe podziały takie jak „wielkie miasto - prowincja", „kosmopolityczny liberalizm - katolicki tradycjonalizm" – i tak dalej, i tak dalej. W „Pacyfistach" jesteśmy ponad prostymi podziałami.
W zasadzie każda z osób dramatu mogłaby głosować na Koalicję Obywatelską. Nie tylko mąż Aldony, Mariusz (Mariusz Jakus w dublurze z Krzysztofem Pluskotą), który za wszelką cenę stara się uniknąć sporów, a wszystkie konflikty i tak go dopadają. Ta współczesna inkarnacja Felicjana Dulskiego cieszy się zresztą chyba największą sympatią autora. Przenosi się to na widzów.
A reszta? Jasne, Julian, grany przekonująco przez Wojciecha Malajkata (w dublurze z Jackiem Braciakiem) narzeka, zwłaszcza gdy się napije, że „nic już nie można powiedzieć", bo wszędzie polityczna poprawność, a dzieci mogą nawet „wybrać sobie płeć". Ale widzącą w gospodarzu transfoba niepijąca wegetarianka Aldona – artystka! – woli, by od niebinarnej osoby koleżeńskiej jej własne dziecko trzymało się z daleka. A wizja, że kochany syn mógłby okazać się gejem, budzi jej głęboki opór.
Aldona (w tej roli Agnieszka Suchora) sprzeciwia się przemocy i w osobliwy sposób wiąże swój sprzeciw wobec broni z wojną w Ukrainie – ale język ukraiński w miejscach publicznych mocno ją wkurza. Zresztą okazuje się, że wkurza wszystkie sceniczne postaci. Po uniesieniach sprzed paru lat ich wsparcie dla sprawy ukraińskiej i szacunek do Ukraińców sprowadza się jedynie do mechanicznego poprawiania, by mówić „w Ukrainie" a nie „na Ukrainie" - Braciak za Modzelewskim powtarza to językowe starcie niczym gag, do zmęczenia. I myślę, że to może nie być tylko umiarkowanie zabawny refren.
Sztuka Modzelewskiego, sprawnie napisana, reżyserowana jest przez Braciaka w komediowo-realistycznej konwencji też całkiem sprawnie – choć są tu pewne zgrzyty, zwłaszcza tuż przed ostatnim aktem.
Jeśli chodzi o aktorstwo, najwyżej poprzeczkę w spektaklu ustawia Monika Krzywkowska. Jej Justyna, epatująca wyuczonym entuzjazmem i uprzejmością, którym przykrywa frustrację – to rola trochę taka, jakby Ibsen kazał swojej bohaterce po latach zamieszkać w warszawskim „prestiżowym kompleksie apartamentowym".
Teatr wcale nie niewinny
Warto zauważyć, że najsurowiej potraktowana przez Modzelewskiego postać – Aldona – jest właśnie aktorką. I to rodzinnie uwikłaną w skandal związany z #metoo – córką „starego mistrza", wobec którego padły poważne oskarżenia. Przemoc i nepotyzm spotykają się tu z wyparciem. Sprawę zresztą umorzono – Modzelewski w pisaniu o rozliczaniu artystycznej przemocy zachowuje realizm. Ciekawe skądinąd, że tylko Aldona ma jasno wskazany przez autora zawód. I tylko ta kobieta mówi tu o pracy. W przypadku reszty postaci - wiemy tylko, z jakiej są grupy społecznej: z wyższych warstw klasy średniej. Której to klasy Modzelewski jest jednym z najwytrwalszych w polskiej kulturze obserwatorów. Wnioski nie są wesołe, choć sztuki przecież zabawne.
Nasuwa się też pytanie. Jak to się stało, że komedia autora scenariusza do hitowej serii „Teściowie" reżyserowana przez popularnego aktora na bardzo mainstreamowej scenie, mówi dziś o Polsce i Polakach znacznie odważniej, niż z reguły potrafił to robić ostatnio teatr „poszukujący" czy „krytyczny", na każdym kroku podkreślający własne ambicje i ponoszone przez siebie artystyczne ryzyko?
Z tym pytaniem wychodzę z Teatru Współczesnego na Plac Zbawiciela. I mam nadzieję, że Plac Zbawiciela pójdzie do Teatru Współczesnego.
