Pacyfiści
Urodziny na strzelnicy. „Pacyfiści” w Teatrze Współczesnym w Warszawie, Maria Zysiak , Teatralna.Blog, 15.05.2026r.

„Pacyfiści” Marka Modzelewskiego w reżyserii Jacka Braciaka to spektakl, który bawi, ale nie pozwala wyjść z teatru z czystym sumieniem. Śmiejesz się przez część pierwszego aktu, a potem gdzieś po drodze do domu zaczyna do ciebie docierać, że śmiałeś się tak naprawdę z siebie. Rzadko zdarza mi się wychodzić z Teatru z takim poczuciem — że coś we mnie zostało, że spektakl nie skończył się razem z oklaskami.

Historia zaczyna się od bardzo przyziemnej sytuacji. Aldona i Mariusz wpadają do przyjaciół — Justyny i Juliana — tylko na chwilę, żeby wyjaśnić, że ich syn nie przyjdzie na urodziny najlepszego kumpla. Powód? Impreza ma się odbyć na strzelnicy, a rodzice są ideowo przeciw. Wydawałoby się, że można to wyjaśnić przy kawie i wrócić do domu. Modzelewski oczywiście ma inny plan.
Z tej jednej, z pozoru błahej informacji wybucha kłótnia o wartości, wychowanie, przekonania i o to, kto tak naprawdę ma rację. Rozmowa bardzo szybko przestaje być uprzejma. Padają zdania, które zostają w powietrzu. I właśnie wtedy robi się najciekawiej — bo Modzelewski jest autorem, który potrafi napisać dialog tak, że każde słowo ciągnie za sobą dziesięć rzeczy niewypowiedzianych.

Jacek Braciak jako reżyser nie próbuje udziwniać tego materiału. Scenografia jest skromna, tempo naturalne, żadnych efektów, które odciągałyby uwagę od tekstu. Widać, że po prostu zaufał temu, co jest napisane — i dobrze, bo Modzelewski nie potrzebuje pomocy, żeby być celny. To jest ten rodzaj dramaturgii, który działa najlepiej właśnie wtedy, kiedy reżyser mu nie przeszkadza.

Obsada zachwyca. Agnieszka Suchora w roli Aldony kradnie cały spektakl. Jej bohaterka to kobieta głęboko przekonana o własnej moralnej przewadze — i Suchora gra to z taką precyzją, że robi się jednocześnie śmiesznie i nieswojo. Aldona mówi dużo, z rozmachem i pełnym przekonaniem, ale w każdym zdaniu słychać wyraźnie, że nie chodzi jej o rozmowę. Chodzi o to, żeby mieć rację. Żeby być tą lepszą. I żeby wszyscy wokół o tym wiedzieli.
Monika Krzywkowska jako Justyna gra zupełnie inaczej — wyciszenie, obserwacja, rosnąca cierpliwość, która w końcu ma swój kres. Krzywkowska jest w tym skupieniu bardzo konkretna i precyzyjna. Jest jedna jej scena, zagrana niemal bez słów, w której Justyna po prostu decyduje, że już dość — i ta decyzja, choć nie zostaje głośno ogłoszona, jest jednym z mocniejszych momentów całego wieczoru. Bardzo lubię aktorstwo, które nie krzyczy, a jednak dociera.
Mariusz Jakus jako Mariusz ma rolę mężczyzny, który właściwie nie wie, po której stronie stoi, i usiłuje to przed wszystkimi — i przed sobą — ukryć. Jakus gra to nerwowo i niezbyt pewnie, co jest dokładnie tym, czego ta postać potrzebuje. Nie sposób go lubić, ale trudno też nie rozumieć. To jeden z tych bohaterów, których się obserwuje z mieszaniną irytacji i ulgi, że to nie my stoimy na środku sceny.
Sam Jacek Braciak w roli Juliana jest z pozoru spokojny, opanowany, jakby ponad całą tą sytuacją. Ale pod spodem od początku widać rosnącą złość. Braciak gra to bardzo oszczędnie — i właśnie dlatego sceny, w których Julian w końcu przestaje się hamować, mają właściwą wagę. Dobrze też patrzeć na aktora, który wie, kiedy nie robić nic i pozwolić, żeby scena zadziałała sama.

Tytułowi pacyfiści okazują się ludźmi, którzy pokój rozumieją jako prawo do narzucania innym swojego obrazu świata — bez użycia siły, ale z niezachwianym przekonaniem o własnej słuszności. Modzelewski nie ocenia ich wprost, nie pokazuje palcem. Patrzy na nich z ironią, ale też z pewną czułością. I właśnie dlatego ten portret jest taki trudny do odrzucenia — bo każdy na widowni może w nim rozpoznać kogoś znajomego. Albo siebie, co jest zdecydowanie gorsze.

„Pacyfiści” to spektakl, który na sali jest zabawny i żywy, a refleksja przychodzi później, kiedy już się wróci do domu. Polecam każdemu, kto szuka teatru inteligentnego, który czegoś wymaga od widza, ale nie robi z tego powodu miny. To jedno z lepszych przedstawień tego sezonu w Warszawie — i zdecydowanie jeden z tych spektakli, które warto zobaczyć, zanim zejdzie z afisza.

Deklaracja dostępności